Untitled Document

Pociunai 2012 - czyli coś co może Nas interesować.

02.09.2010, 22:36
Moi Drodzy.
Dość długo zastanawiałem się, czy "podzielić" się z Wami tą informacją i czy aby nie jest zbyt wcześnie by takową "upubliczniać". Doszedłem jednak do wniosku, że bez Was i tak się nie obejdzie, więc postanowiłem "rzucić pierwsze koty za płoty". Tak więc.
Parę dni temu skontaktował się ze mną Klaus Schlicking który pełni obowiązki sekretarza VGC Światowego. Ni mniej, ni więcej zaproponował by zwyczajowo organizowane Randezvous przed Zlotami VGC zorganizować w 2012 roku na lotnisku w Olsztynie. Dlaczego w Olsztynie? Ano dlatego, że Światowy Zlot VGC w tymże roku organizowany jest na Litwie w miejscowości Pociunai. Uczestnicy jadący na Zlot, mają zwyczaj zatrzymywania się "po drodze" na parę dni odpoczynku i latania. Jako, że Olsztyn leży "po drodze" zlotowcy chcieli by zarówno odpocząć jak i polatać na olsztyńskich Dajtkach. Było by to najprawdopodobniej około 14-tu starych szybowców oraz 40 Uczestników. Oczywiście takiej decyzji nie mogłem podjąć sam. Zarząd Klubu i Dyrekcja wyrazili zgodę, więc takiej odpowiedzi udzieliłem Klausowi. Pomyślałem także, że może fajnie było by, aby w tym właśnie 2012 roku połączyć R-V z VI-tym Zlotem Staruchów im Piotra "Pepe" Puchalskiego - Kormorany 2012. Czy to dobry pomysł? Czy wszystko wypali i się uda? Ba, nie wiem. Mam nadzieję że tak, ale oczywiście pewności nie mam, bo mieć nie mogę. Informuję Was o tym stosunkowo wcześnie, bo choć to jeszcze półtora roku, to czas ten upłynie bardzo szybko. A że będą wtedy w Polsce ME w (za przeproszeniem) piłce kopanej to warto pewne sprawy zaplanować wcześniej. Bo nie ukrywam, że liczę także na Waszą obecność, aktywne uczestnictwo i wspólną kapitalną szybowcową przygodę.

atlas

Święto Lotnictwa, czyli Nasze Święto

27.08.2010, 20:47
Z okazji Święta Lotnictwa przypadającego na dzień 28 sierpnia, przyjmijcie proszę życzenia stare jak lotnictwo - tyle samo lądowań co startów. Bądźcie zdrowi, szczęśliwi i spełnieni. Kochajcie "Staruchy" , bo Te, jak Ludzie - tak szybko odchodzą.
Realizujcie Swoje marzenia, spełniajcie pragnienia. I to zarówno w lotnictwie jak i w życiu prywatnym. A przy okazji nigdy nie zapomnijcie dnia 28 sierpnia 1932 roku oraz dwóch wspaniałych Ludzi - kpt. pil. Franciszka Żwirko i inż. pil. Stanisława Wigury. No i samego Challenge a.d. 1932.
Wszystkiego co najlepsze.

atlas

V Zlot, czyli bardzo ciekawa propozycja.

12.08.2010, 22:17
Jest środek sezonu, zarówno tego szybowcowego jak i urlopowego. Wiem, wiem, być może rozpoczynanie dyskusji (a mam nadzieje że takowa będzie po tym newsie)) jest zdaniem niektórych zbyt wczesne. Ba, 5 Zlot Staruchów im. Piotra "Pepe" Puchalskiego, to na razie przyszłość i.......marzenie. Ale, ale, ostatecznie te już odbyte cztery Zloty także były marzeniem. Do rzeczy jednak.
Bogdan Nosarzewski (niektórzy Go znają i pamiętają, bo był naszym Gościem na 3 Zlocie) zaproponował by Zlot w roku 2011 zorganizować u Niego. "U niego" czyli na prywatnym lądowisku zlokalizowanym w miejscowości Konopki. Propozycja moim zdaniem bardzo ciekawa i bardzo "nowatorska". Będąc szczerym, ma ona wiele zalet, ale także kilka minusów. Zalety zapewne przedstawi sam Bogdan jeśli już uda Mu się zalogować na nasze forum (tu prośba o pomoc do Admina bo coś nie wychodzi). Ja skupię się na "ewentualnych minusach".
- Loty za wyciągarką (nie stać Nas na wynajęcie samolotu).
- Tylko 4 miejsca noclegowe w domku pilota.
- Konieczność "namówienia" instruktora na wspólny pobyt.
Reszta, same zalety (oczywiści w mojej ocenie).
Cisza, spokój, nowe i zarazem przyjazne miejsce, dla większości znacznie bliżej, sympatyczne towarzystwo, wysokie ciągi za wyciągarką i........nowe widoki.
Zatem myślcie Przyjaciele.
Ja i reszta Organizatorów czekamy na Wasze głosy i....decyzję. To nasze spotkanie i "małe święto" więc to My decydujemy jak i gdzie chcemy się spotkać i świętować.
No i oczywiście prośba do Bogdana o szczegóły chmmmm "finansowe". To także ważne. Ostatecznie nie jesteśmy "krezusami".
atlas.

Znaczek na samochód.

13.07.2010, 21:26
Uprzejmie informuję zainteresowanych, że jestem w posiadaniu 25 egz. znaczków na samochód projektu Cezara, lekko "podciągniętego" przez Batcheda ( w newsie poniżej zdjęcie). Zainteresowanych zakupem proszę o @ z dokładnym adresem wysyłki. Koszt 8 zł plus cena znaczka pocztowego (??). Realizacja zamówień wg kolejności, do wyczerpania nakładu .

atlas

Znaczek na samochód.

29.06.2010, 13:52
Jak pewnie zauważyliście, na naszej stronce głównej doszło do "małej"/"wielkiej" zmiany. Otóż (to dla Tych co nie zauważyli) zamiast "formularza zgłoszeniowego" pojawił się opracowany przez Cezara znaczek "Przyjaciel zabytkowych szybowców". Przy tej okazji chcę także poinformować, iż zamówiłem 20 szt. tych znaczków w "zabezpieczeniu źywicznym". Cena wynosi ok. 8 zł/szt. Z informacji uzyskanych od Batcheda wynika, że te znaczki będą w moim posiadaniu w połowie przyszłego tygodnia. To tyle gwoli informacji. O szczegółach będę informował zainteresowanych na bieżąco.

atlas

Zlot oczyma Dina - czyli co Dino myśli o Zlocie

19.06.2010, 21:41

















Pozwalam sobie - bez pytania o zgodę - zamieścić w mojej ocenie, kapitalny artykuł Dina dotyczący Jego i Jagody zlotowych przygotowań i zlotowych doświadczeń. Ze swojej strony, życząc wszystkim ciekawej lektury, napiszę tak - dziękujemy Dino.

Źródło:
http://www.aeroklub.bydgoszcz.pl


W obronie honoru Bydgoskich „Staruchów”

O wyjeździe na olsztyński „Zlot Staruchów”, czyli doroczne spotkanie miłośników starych szybowców, myślałem już od dawna. W zasadzie od pierwszej edycji cztery lata temu. Niestety, a to praca, a to wcześniejsze plany, a to zwykłe lenistwo przeszkadzały mi w wybraniu się do Olsztyna. W tym roku, czytając informacje o tegorocznej imprezie, zaniepokoiła mnie wiadomość, że „Bydgoszcz milczy”... Z wpisów na staruchowym forum dowiaduję się, że elita bydgoskich miłośników zabytkowych szybowców się nieco wykruszyła. No cóż – sam wiem, jak ciężko jest zorganizować wypad na pastwi..., tfu! Na lotnisko w długi weekend, gdy rodzina już zaplanowała coś innego, czy szefostwo każe pracować w środku wolnego. Pewnego majowego poranka, po drodze do pracy, bałtycka bryza wwiała mi do głowy szatański plan – a może jednak skrzyknąć choćby skromną ekipę? Zlot „Staruchów” bez Bydgoszczaków? Niehonorowo, zupełnie niehonorowo...

Pomysły, szczególnie te szalone, trzeba wprowadzać w życie natychmiast, bo inaczej uciekają. Szybki telefon do Szefa Wyszkolenia – sam nie może jechać, ale popiera inicjatywę i oferuje udostępnienie naszej „Bydgoskiej Księżniczki” czyli naszej pomarańczowej „Muchy Standard”. „Chyba jeszcze się nie obudziłem!” – przeszło mi przez głowę, i nakręcony wizją pokazania naszego klubowego skarbu na zlocie dodała mi skrzydeł. Tego samego dnia, bydgoska ekipa zlotowa miała już trzech członków – Mateusz i Krzysztof łatwo zapalili się do pomysłu.
Walka z czasem

Zasadnicze problemy były dwa, no – góra trzy. Pierwszy: usprawnić wózek szybowcowy wymieniając brezent w łapkach podtrzymujących skrzydło. Drugi: zorganizować auto z hakiem. No i po trzecie: wylaszować „Muszkę”, bo z całej trójki, tylko Krzysztof dostąpił wcześniej tego zaszczytu. I to wszystko w niespełna dwa tygodnie. W dodatku ja jestem w Gdańsku, a centrum wydarzeń w Bydgoszczy. Krzysiek w tempie ekspresowym kombinuje samochód. Punkt dla nas. Ja próbuję przekonać lokalnego szewca, aby uszył nowe „łapki” do wózka. Niestety, inżynierskie rysunki, zwymiarowane jak w szkole uczyli, wykonane na podstawie pomiarów Mateusza i Krzyśka nie przemawiają rzemieślnikowi do wyobraźni. Czas ucieka – zostaje tydzień. Chłopaki ratują zdjęciami detali, szewc dalej „nie widzi” jak dwa kawałki brezentu mają być pocerowane... Ostatnia deska ratunku – jadę do Aeroklubu w Pruszczu Gdańskim i pożyczam jedną „łapkę” z ich wózka na 48 godzin w celu okazania. Ufff.... wreszcie słyszę upragnione „Na jutro da się zrobić”. Tymczasem bydgoski front działań melduje, że „Mucha” ma już wymienione linki i jest gotowa do oblotu. Nadchodzący weekend zapowiada się pogodny, więc laszowanie zdaje się być tylko formalnością – sukces?
I cały misterny plan ...

Sobota – pięć dni do Zlotu. Od samego rana jestem podekscytowany laszowaniem „Muchy”. Szczegóły techniczne konstrukcji poznaję pod okiem Darka – nie wiem jak Was, ale mnie niektóre rozwiązania z połowy zeszłego stulecia podobają się bardziej niż te z najnowszych „orchideii”. Potem to już bydgoski standard – pedety, plany lotu, szybko- szybko i… i czekanie! Jak przecież wiadomo, lotnictwo składa się z dwóch faz – fazy oczekiwania i fazy alarmu. Czyli „pośpiesz się i poczekaj”. W międzyczasie Nasza „Dziunia”, czyli Agnieszka, startuje do kolejnej próby pokonania 500km na „Piracie”. Przed startem kontroler z wieży z niedowierzaniem pyta „Pani chce lecieć tak jak w planie?” „Spróbuję” – dziarsko odpowiada Agnieszka i strzela się za windą po diament. Niestety – zarówno prognozy, jak i widok z ziemi były bardziej optymistyczne niż warunki w powietrzu. Po ponad godzince Dziunia ląduje, robimy małą korektę podziału „maszyn”, a co z tym się wiąże i planów lotów. A ja dalej czekam… W tym czekaniu robię lot kontrolny na „Bocianie” – nad Bydgoszczą dawno nie było takich widoków! Blacha totalna, noszenia do 900 -1000 m, latamy w 4-5 szybowce w zasadzie po trzech kominach. Przyznać się, kto i kiedy widział ostatnio 4 (cztery!) szybowce w jednym kominie? Niezła szkoła – szczególnie dla tych, którzy mają aspiracje wybrać się na zawody. Po lądowaniu – oczywiście oczekiwania ciąg dalszy. W końcu przyszła pora na spełnienie marzeń – Krzysztof Jakubowski oddaje mnie pod czujne oko „Anioła” czyli Krzysztowa Sobieckiego, który „wypuści” mnie do pierwszych lotów na „Księżniczce”.

Kilka pytań sprawdzających, kilka uwag na temat zaplanowanego zadania („niebo jest od wykonywania zadań a nie od wożenia du..y!” – mówi stare porzekadło), „Sierra Golf Viktor naprężaj” i startujemy! Od momentu oderwania się „Muszki” od Matki Ziemi wiedziałem, że to będzie sama przyjemność. „Mucha” ochoczo wyskakuje nad świeżo wykoszoną trawę i trzeba jej troszkę przypomnieć, że Wilga potrzebuje więcej miejsca aby się rozpędzić. W końcu i holówka poderwana przez Przemka nabiera siły nośnej i... no właśnie... I po prostu poezja. „Księżniczka” mimo swojego wieku (w tym roku okrągłe 50 lat!) wcale nie zapomniała jak się lata. Posłusznie sama trzyma się ogona Wilgi i w zasadzie moje reakcje sprowadzają się do trzymania kółek na horyzoncie, bo przy prędkości holowania nieco brak mi trymera „ciężki na łeb”. Wyczepienie nad znakami i przychodzi chwila na rozkoszowanie się lotem swobodnym. Zakręt w lewo... zakręt w prawo... i jeszcze raz prawo – lewo... Odnoszę wrażenie, że w sumie wcale nie muszę sterować, wystarczy, że pomyślę, co bym chciał zrobić a „Mucha” już to wykonuje. Teraz sprawdzenie zakresu prędkości w locie poziomym – wskazówka prędkościomierza trochę bardziej na lewo niż w innych szybowcach – „Mucha” wyścigówką już nie jest. Na „kulkę” nie ma potrzeby spoglądać – wystarczy posłuchać, co „Księżniczka” szepcze podczas lotu. Lecz kres rozkoszy – warunków na znalezienie nawet „zerka nad strzelnicą” nie ma, więc posłusznie melduję „Mucha SP-3628 w kręgu z wiatrem”. Planowanie kręgu, nie dość, że na nowym typie nie rozwlekam go za bardzo, psuje mi kontroler dając „czemuś tam” zgodę na start z pasa 26. Jeszcze bardziej skracam więc krąg, na złość wysokość wcale nie topnieje w zastraszającym tempie, wykonuję więc esowanie. W końcu dostrzegam Robinsona, który zaraz po oderwaniu, skręca w przesiekę w lesie i mało go obchodzi, że robię mu wolną przestrzeń. No ale dopsz... lekcja przyjęta – skoro kontroler wie gdzie ja jestem, to nie ma co się wychylać i kombinować jak koń pod górkę z pustym wozem. Pierwsze „Muchą” lądowanie. Idzie wszystko gładko, ale po wyrównaniu wcale się tak długo nie niesie jak ostrzegał Szef. Klapnąłem więc na linii ogranicznika, hamulce na maxa i stoimy. „Mucha”, a w niej ja. Nie ma róży bez ognia – trzeba przyjąć na klatę cierpkie słowa na temat budowy kręgu (Mea culpa, mea culpa, mea maxima culpa!) od „Anioła”, poprosić kolegów o zamknięcie kabinki (przytroczony pasami nie dasz rady sięgnąć do beleczki), podczepiamy i repeta! Na holu nie kombinuję, zaczyna powiewać nudą. Idę o zakład, że można by się zdrzemnąć i nikt by nie zauważył. Dobywam więc przezornie zabranego fotoaparatu i zaczynam małą sesyjkę. Po wykonaniu kilku zdjęć (aparatem Zorka 5) wcale go nie chowam do kieszeni, tylko kładę na luksusowym stoliku przed nosem. Jak będzie kulka w środku, to aparat się nie zsunie. I rzeczywiście – leżał tam, gdzie go położyłem dopóki nie schowałem go przed lądowaniem. Ekscesów w powietrzu nie było, skupiłem się na ratowaniu dobrego imienia i budowie kręgu jak na rysunku w podręczniku. Lądowanie... cóż... Tragiczne nie było (w końcu szybowiec nadaje się do ponownego użycia), ale celność „Muchą” będę musiał poćwiczyć. Pominę więc ten fragment by oszczędzić sobie wstydu a czytelnikowi nudy. Z tego drugiego powodu pominę i sprawozdanie z trzeciego lotu, który nie odbiegł znacząco od drugiego. No, może poza jeszcze wyraźniejszym niedolotem. Koniec końców „Mucha” wylaszowana! Dziunia nie odmówiła sobie pierwszeństwa do klepnięcia mnie w tyłek – nie dała się jednak namówić ani na powtórkę ani na rewanż.

Po zahangarowaniu sprzętu, dopełnieniu formalności papierkowych po dniu lotnym, przyszedł w końcu czas na zebranie ekipażu zlotowego i omówienie planu wyprawy w szczegółach. Niestety Krzysiek się zaczyna wahać. Niestety Mateusz też – prognozy na dni Zlotu są niezłe, a chłopakom zależy na zrobieniu „pięćdziesiątki”. Oczywiście chodzi o przelot do Srebrnej Odznaki, bo przecież to chłopy na schwał i bez mrugnięcia okiem nie tylko „pięćdziesiąt” ale i z pół litra potrafią zrobić! Mina mi rzednie, ale rozumiem ich doskonale – też ponad dekadę temu pilnowałem każdej możliwej pogody, by zdobyć upragnione „Srebro”. Problem jest w aucie z hakiem, które załatwiał Krzysztof. Niedziela i pół poniedziałku schodzi mi na organizowaniu transportu szybowca do Olsztyna. Jestem już tak zdesperowany, że omal nie „podprowadzam” naszemu Włodkowi jego Zafiry. Szczęściem dla niego – nie ma haka. Rodzina i znajomi szczycą się super furami, a jak przychodzi co do czego, to się okazuje, że klima jest, ABS – oczywiście też, chromy i alusy to standard, niektórzy nawet szyberdachy posiadają, setki koni mechanicznych pod maską, a z tyłu... „A z tyłu du...pa” jakby to rzekła moja Babcia – żaden haka nie ma! Czujniki cofania – a jakże! Wycieraczka? Nawet działająca! A hak?! Proszę szybowcowego koleżeństwa – jeśli zamiarujecie nabyć auto pamiętajcie o tych trzech magicznych literkach. Nie ABS, nie ESP tylko HAK! Koniec końców, w deszczowy poniedziałek ostatecznie upada plan zabrania bydgoskiej „Muchy” na Zlot. Niestety tym samym wycofuje się sponsor. Jednak duch w narodzie nie ginie – z szybowcem czy bez, ze sponsorem czy bez – jadę! I to nie sam – będzie mi towarzyszyć moja własna, osobista Siostra Jagoda! Będzie to jej ostatni wypad „na wolności” – za trzy tygodnie wydaje się za męża.

Wyprawa

„Papiery” – są. Książka lotów – jest. Mapa – jest. Nawet Olsztyn się na niej jakoś znalazł. Aparat – jest. Bilety NBP – są. No to jeszcze kanapki i napój na drogę, jakieś cieplejsze ciuchy (w końcu trzeba przechytrzyć prognozę – wezmę, to będzie ciepło, nie wezmę, to akurat będzie zimno i mokro) i w drogę. Podróż TLK (Tanie Linie Kolejowe) nie obfituje w nadmiar wrażeń. Nawet mnie to cieszy. Wbrew nazwie nie jest ona zbyt tania, ale to chyba przez analogię do trójmiejskiej SKM-ki, która szybka też jest wyłącznie z nazwy. Zza okna pociągu wieje nudą. Pola zielone, pola żółte, łąki zielone (a gdzie bursztynowy świerzop i gryka jak śnieg biała?), rozlana Wisła w Tczewie, zamek w Malborku dalej niezdobyty, znów pola, łąki, koń, krowa, pies na łańcuchu... droga na Ostrołękę... Bardziej niż żółto-zielone pola moja uwagę przykuwają coraz to ładniejsze cumulusy na niebie. W tym roku było mało dni, żeby się takim widokiem nacieszyć. W końcu, z półgodzinnym opóźnieniem, wczesnym popołudniem docieramy do Olsztyna. Chwila dłuższa w oczekiwaniu na autobus w kierunku Dajtek i po jakimś czasie dziarsko spacerujemy z Jagodą w kierunku zabudowań Aeroklubu. Po drodze spotykamy Boruha i Igora wraz z ich Towarzyszkami – to przedstawiciele Aeroklubu Kujawskiego, z którymi dumnie będziemy reprezentować Kujawy i Pomorze. Nadmienię tylko, ze z Druhem Boruhem razem szkoliliśmy się podstawowo w Inowrocławiu. Ech... stare dzieje... Zaczynam czuć, że to prawdziwy zlot „Staruchów”. Ekipa Inowrocławska radośnie melduje, że boruhowy „Pirat” złożony i wstawiony do hangaru, a tymczasem idą na plażę. Plaża zaczeka, my idziemy przywitać się z organizatorami. W świetlicy Aeroklubu Warmińsko-Mazurskiego trwają już pierwsze dyskusje. O tematyce ogólnolotniczej oczywiście. Wreszcie poznaje „spiritus movens” Zlotu Staruchów – Jacka „Atlasa” Stawowczyka. Jak to w lotniczej braci bywa – mimo, że znamy się tylko „wirtualnie” z kilku maili i telefonów, mam uczucie, jakbyśmy znali się od lat. Oprócz przedstawicieli organizatorów – między innymi wspomnianego Atlasa i Czapka, są już także goście z Rybnika, Suwałk i Białegostoku. Propos tego ostatniego – instruktor Bamboleo przywiózł chyba pół miejscowej klasy szybowcowej. A z pewnością tę piękniejszą jej część. Brakuje mi tylko „Cezara” czyli Cezarego Dąbka, którego bardzo chce poznać osobiście, od momentu, kiedy prawie sześć lat temu, gdy jako prekursora przywracania „staruchów” do lotów, poznałem go wirtualnie dzięki jego „Musze 100”. Cezar z żoną zwiedza okolice, planuje zdobycie Wilczego Szańca i posłuchać organów w Świętej Lipce. Spotkamy się jutro. Miło upływa czas na „lotniczych Polaków rozmowach”. Ostatnie przejścia z ULCem, przygody na badaniach (w końcu „staruchy”, choć średnia wieku, znacznie zaniżona przez Białystok jest w sumie niska) no i rozprawy o przewadze szybowców drzewnianych nad plastikowymi i odwrotnie. Przerywnikiem w dysputach jest wizyta w hangarze (o zawartości później) i przejażdżka na niedaleką plażę. Ni z tego ni z owego, miejscowi proponują wycieczkę nad jezioro. Ochoczo przystajemy na propozycję i w ciągu kilku minut dojeżdżamy na oddaloną o kilkaset metrów od bramy lotniska plażę nad Jeziorem Krzywym (Ukle). Do końca nie dowierzamy Olsztyniakom, że zamierzają zażywać kąpieli, ale napis na polarze „Olsztyński KLUB MORSA” rozwiewa wszelkie wątpliwości. Jagoda odważyła się nawet zanurzyć rękę, dla mnie woda nawet z daleka wygląda na zbyt mokrą. Po półgodzinie wracamy do klubu, gdzie zlotowa gawiedź ciągnie dalej lotnicze dyskusje przy złocistym napitku. Wkrótce jednak idziemy wszyscy spać, bo jutro najważniejsze – latanie!

Dzień drugi, czyli pierwszy

Drugi dzień Zlotu, choć w zasadzie pierwszy – Boże Ciało tradycyjnie nielotne szybowcowo było przeznaczone na dojazd. Rano krótka odprawa w klubowej świetlicy, sprawdzanie dokumentacji przez Szefa Wyszkolenia Janusza Bogdanowicza i wyprowadzamy szybowce na start. Drogę do hangaru pokonuję z Cezarem – w końcu mamy możliwość spotkać się „w realu” – czuję się dumny, że mogłem mu pomóc w restauracji jego „Miećki z Radomia” przesyłając chyłomierz podłużny, z którego zdobyciem miał wówczas problem. U mnie leżał w szufladzie – u Niego lata. Mała rzecz a cieszy! (na marginesie – gdyby ktoś odbudowywał „Srokę” to mam prędkościomierz do niej). Po wystawieniu sprzętu stan przedstawia się następująco: dwa „Bociany” (jeden prywatny) w tym jeden z dość rzadkim wyposażeniem – tablicą przyrządów w drugiej kabinie; „Puchacz” (raczej jeszcze nie staruch), dwa „Piraty” – w tym i boruhowy, inowrocławski SP-2844 – łza mi się w oku zakręciła – i przewyższenie 1000m, przelot do „Srebra” i ładnych parę godzin na nim wylatałem...; no i prawdziwe „staruchy” – duma Olsztyna – „Foka” Yankee i gościnnie SF27. Ten ostatni przykuwa uwagę nie tylko niemieckimi znakami (niemieckie LBA wie, że jest DLA lotników, o czym zdaje się w ogóle nie wiedzieć nasz ULC) ale i kanciatym kadłubem w stylu Ka-6 czy Bergfalke. Rok produkcji 1966 – „staruch” więc rasowy! Ciągniemy całe to towarzystwo na start, gdzie następuje finalna odprawa. Szef po kolei pyta o plany kolejnych zlotowiczów i niemal po każdej wypowiedzi pada stwierdzenie „Nie widzę przeszkód”. Wieje dość silny wiatr z północy, co powoduje, że na kierunku 28, na którym jesteśmy wyłożeni ze startem, będziemy mieli dużą składową boczną. Windy więc dziś nie będzie. Na pierwszy ogień – KTPy, LSy, loty sprawdzające, a jeśli wiatr trochę się uspokoi – dla chętnych (do których i ja się zaliczam) laszowanie „Foki 5”. Warunki termiczne – jak na razie, od czasu do czasu pojawia się jakiś rachityczny cumulusek, ale szału nie widać...

Jako, że pierwszy raz będę latać pod Olsztyńskim niebem, czeka mnie lot sprawdzający z instruktorem. Z Janem Pietrzykowskim z Rybnika pakujemy się do „Bociana” i jeszcze przed lotem udzielamy wywiadu dla lokalnej telewizji. Na szczęście chyba mnie „wycięli”, bo taki nieogolony nie będę się pchał na ekran. Parcia na szkło póki co nie mam. Start za „książkowym” SP-ABC czyli Jakiem 12A (chyba brat bliźniak naszego bydgoskiego ABD) przebiega sprawnie. Olsztyńskie lotnisko ze wszystkich (dwóch!) stron podejścia jest otoczone lasem. Igły i szyszki może niekoniecznie rosły mi w oczach, ale do wysokości 100m rzuca całkiem nieźle. Na szczęście latamy z krótką liną, więc nie ma problemu z utrzymaniem się za holówką. Wyczepienie w „dyżurnym” kominie i już centruję 2m/s. Dla nadzorującego mnie Jasia, to też pierwszy lot nad Warmią, więc dzielimy się spostrzeżeniami co do zauważonych ciekawostek. W Rybniku mają chyba jeszcze mniej jezior niż my w okolicach Bydgoszczy. Mimo nieciekawie wyglądających z ziemi warunków, w powietrzu jest całkiem nieźle – 2m/s to standard, da się znaleźć i 3 a nawet i 4 się trafia. Latanie bardziej na kontrast jak na bezchmurnej, bo cumuluski robią sobie po prostu jaja z szybowników. W znalezieniu noszeń pomagają nam bociany – nie te drewniane, ale te naturalne co jedzą żaby. Mała foto-sesja z „Puchaczem”, tym razem tym laminatowym i dobiegający z radiostacji głos „Olsztyn Radio” zaprasza nas „z powrotem na planetę” – kolejka chętnych czeka. Lądowanie „z wiatrem” co przy wietrze pod kątem 90 stopni nie robi zasadniczej różnicy, turbulencja nad lasem i już jesteśmy na ziemi. „Hop – siup, zmiana d...p” – Jasiek leci z następnym chętnym, a ja czekam na wolną dwumiejscówkę, żeby polatać sobie z Siostrą.

Tradycyjne czekanie... Rozmowy na kwadracie typowe dla każdego lotniska. Okazuje się, że sesja fotograficzna „Puchacza” wyszła całkiem-całkiem, a latali nim „Kołek” i urocza chronometrażystka Justyna, która w tym roku rozpoczęła swoją lotniczą karierę. Gadu – gadu, słońce praży, aż tu nagle „Puchacz” wolny. Żywo ładujemy się z Jagodą do środka i „Brawo Charli naprężaj”. Znów telepanie nad lasem, wyczepienie w dyżurnym kominie i... i stała „dwójka”. Cumulusy jakby gęściej, mimo sporego wichru centrowanie nie sprawia trudności i z łatwością osiągamy podstawę, która w międzyczasie podniosła się do 2100m. Jako, że w ferworze walki mapa została na ziemi, latamy z widocznością lotniska (nie ma większego wstydu niż dupnąć w polu 3km od lotniska) i oglądamy Warmię z lotu ptaka. Znów bociany (te pierzaste), znów „Bociany” (te drewniane), oglądamy żaglówki na Jeziorze Krzywym, Olsztyn, inne jeziorka (bez mapy ciężko powiedzieć które jest które, że o nazwie nie wspomnę), pamiątkowe fotografie aż Jagoda czuje się nalatana. Natura oczywiście kpi z nas do żywego, i gdy już chcemy po prostu wytracić wysokość to wszędzie nosi. Bez krążenia zamiast być bliżej ziemi nabieramy ze 100m. W końcu udaje mi się „założyć” w jakimś duszeniu i mogę zameldować „prosta z wiatrem do 1-0 trawa”. Trochę telepie nad lasem (do Olsztyna trzeba się przymierzać z naddatkiem – nie „na styk”!) i znów na planecie. Patrzę jeszcze na „Fokę”, ale jakoś nie czuję się gotowy. Tymczasem, trzeba już się zbierać, bo na 19-stą planowany jest w hangarze „wieczór poezji”. Szybki prysznic, wypad po prowiant na kolację i dzień następny, hangarowanie sprzętu. Reakcje na zaplanowany wieczór poezji były w przeważającej części sceptyczne. Były, do czasu samego wieczoru. Do szybowcowego hangaru schodziło się coraz więcej publiczności, a poetka Anna Magdalena Mróz była oklaskiwana coraz to gorętszymi brawami po każdym kolejnym wierszu. W końcu chyba w każdym szybowniku jest gdzieś kawałek duszy romantyka, i choć boi się do tego przyznać, to i poezja wysokich lotów może mu się spodobać. Na zakończenie wieczoru poezji tradycyjna degustacja – tym razem do wykwintnego wina chleb z kurpiowskim smalcem i szczypiorkiem przygotowany przez Ewelajnę i Jej Małżonka. Dla ortodoksów może to i przerażająca mieszanka, ale dla przypieczonych słońcem lotników doskonała uczta dla ciała po zaznanej uczcie dla ducha. Uczcie pod niebem jak i dachem hangaru.

Dalsza część wieczoru przebiegła tradycyjnie. Przy złocistym napoju rozpoczęła się nieoficjalna kontynuacja wieczoru poezji, tym razem nie tylko recytowanej ale i śpiewanej. Tej solo jak i chóralnej. Jako postronne, jednoosobowe jury śmiem twierdzić, że w kategorii lotniczej poezji śpiewanej pierwsze miejsce zajął Batched, natomiast w poezji recytowanej – przedstawiciele Ziemi Kujawskiej – Igor i Boruh w duecie. Po części konkursowej, nastąpiła nieoficjalna część warsztatowa, gdzie powstały kolejne strofy nieistniejącego cyklu „Lotniskowe rymy - te o szybowcach i te dla dziewczyny”. Na chwilę wpadła ekipa z Lisich Kątów pod wodzą „Siary”, ale że w planach na dzień następny mieli latanie u siebie nie zostali do końca wieczoru. W doskonałych nastrojach udaliśmy się na spoczynek.

Dzień drugi czyli trzeci

Sobota powitała nas prognozą jeszcze lepszą niż na dzień poprzedni. Nie trzeba było nawet dzwonić na meteo, czy szukać w internecie – lokalni wyczynowcy już bladym świtem wyciągnęli swoje „przecinaki” z przyczep, zalali wodą, wypucowali i tak już lustrzane powierzchnie i ambitnie wytyczali trasy – 1000km i 750km ! Wiatr zauważalnie zelżał i odkręcił się o całe 180 stopni. Powtórka przy wyciąganiu sprzętu na start. Tym razem jest i wyciągarka, przybyło także kilka osób. Olek Lorenz z Wrocławia opowiada o procedurze rejestracji szybowca w Niemczech. Niestety – znów polska rzeczywistość – szczęściem jego „Cobra” będzie latać po polskim niebie, a że na niemieckich znakach? Jedno z nielicznych dobrodziejstw Unii Europejskiej. Po odprawie na starcie znów Janusz Bogdanowicz niemal każde zgłoszone zamierzenie kwituje stwierdzeniem „Nie widzę przeszkód” i konsekwentnie trzyma się tego stanowiska. Nieśmiało zgłaszam chęć wylaszowania „Foki 5”, choć od razu z zastrzeżeniem, że nie jest to moim priorytetem. Wykonać trzy krótkie loty, żeby mieć wpisany kolejny typ niby jest fajnie, ale lepiej byłoby „poujeżdżać Foczkę” nieco dłużej, a tego moja dziura budżetowa mogłaby nie zdzierżyć. Na razie planuję podzielić się boruhowym Piratem z Igorem i pozwiedzać dalsze zakątki Warmii z powietrza.

Na niebo wyskakują cumulusy, robi się typowo szybowcowa pogoda – wygląda lepiej niż poprzedniego dnia. Na olsztyńskim lotnisku ruch jak na Heathrow. Na początek z asfaltowego pasa startuje bodaj siedem „Dynamiców” w rajdowej drodze na Litwę. „Jaczka” dzielimy ze skoczkami – wyrzut spadochroniarzy, kilka holi, znów wyrzut… ZUowskA „Wilga” holuje wyczynowców z pełnymi zbiornikami balastowymi, wyciągarka co rusz strzela jakiegoś delikwenta, po kręgu lata aeroklubowa „Katana” a w to wszystko wpasowywują się jeszcze modelarze ze swymi wspaniale wyglądającymi i latającymi replikami. Oglądam „Komara” i „Muchę” we wcale nieowadziej skali. „Komar” ma nawet pilota! Z całej tej awiacji małej i dużej oczywiście umarłbym z głodu, gdyby nie Jagoda, która przyniosła mi prowiant do kwadratu i nieśmiało zagaiła: „A wiesz, przeleciałam się tym, no… Kajtkiem... Kajakiem… no w każdym tym małym białym…”. Nie daje poznać po sobie ani cienia zazdrości, która mnie zżera, bo ja „Kataną” jeszcze w życiu nie leciałem! Tochę włos mi się na głowie jeży, kiedy mówi, że wieczorem ma zaproszenie na lot motolotnią. Na to chyba jej nie pozwolę – latanie na skrzyżowaniu namiotu z kosiarką nie mieści się w moim światopoglądzie. Nie ma jednak czasu na dyskusje, bo zwalnia się „Pirat 44” i pora na pierwszy w Olsztynie mój strzał za windą. O miejscowej wyciągarce słyszałem już trochę. Ze czterobębnowa (szkoda, że niestety wykorzystują tylko jeden), że moc 260KM, że prototypowa w sumie konstrukcja no i że „wygar” ma. Paru w życiu startów za wyciągarką też już doświadczyłem, ale ten był z wyjątkowym „kopem”. Wyciągarkowy Jarek nie pozwolił koniom mechanicznym na wypas po lotnisku, tylko zaprzągł je do pracy po drugiej stronie sznurka. To była jazda! Mimo, że starałem się oddać drążek niemal pod samą tablicę, że zakląłem szpetnie wcale nie po francusku, to „Pirat” wcale nie ma ochoty ani potrzeby rozpedzać się w locie poziomym, tylko od razu dziarsko pnie się do góry. Ochłonąłem nieco, dobrałem drążek i poczułem się jak astronauta. Pewnie takie są wrażenia w wahadłowcu podczas startu na orbitę. W kilka, no może kilkanaście sekund nabieram 450m i kieruje się nad lokalny odpowiednik naszej bydgoskiej „strzelnicy”, czyli miejsce, skąd bankowo zabierze, jak podpowiedzieli mi miejscowi. Ich życzliwość nie była udawana, bo po dwóch okrążeniach mam wycentrowane 2,5m/s i horyzont zaczyna się poszerzać.

Bez trudu osiągam 1500 metrów ale dalsze krążenie aż do podstawy nie ma sensu. Wiatr w górze jest zauważalny i spycha mnie na północ. Dzidujemy więc z „Piratem” na południe, zupełnie jak kilkanaście lat temu, gdy próbowałem swych sił w pierwszych przelotach. Tym razem mam mapę na podorędziu i próbuję się nauczyc rozpoznawać charakterystyczne jeziora, jeziorka, stawy i stawiki. Łatwe to to dla mnie nie jest. Widać znacznie więcej akwenów niż mam narysowane na mapie. Na szczęście są jeszcze drogi i tory – po tym jakoś się odnajduje, choć mam pewne wątpliwości, bo pode mną jeziora dwa, a na mapie tylko jedno… Jak zwykle aura z nas kpi i choć z ziemi warunki wyglądają lepiej niż wczoraj, to w powietrzu nie jest tak różowo. Kominy są, Cu też, ale jakoś nie współgrają ze sobą. W dodatku jakoś nie mogę nigdzie dokręcić podstawy. Podczepiam się pod bociana (tego od żab), ale mimo, że ptak, robi mnie centralnie w konia – macha skrzydłami na do widzenia i tyle go widziałem… Latam więc sobie to tu, to tam, aż w końcu dochodzi pora oddać szybowiec Igorowi zgodnie z planem. Spodziewana mała huśtawka nad lasem na podejściu i już na ziemi. Zżera mnie ciekawość, czy dziś Dziunia podjęła kolejną próby lotu na 500 (kilometrów, a nie 500 metrów nad znaki!). Może w Bydgoszczy jest nieco lepiej?

Po małym rachunku (nie tylko sumienia) postanawiam sobie na tym Zlocie odpuścić laszowanie „nowych staruchów”. Mam inny cel do zrealizowania ostatniego dnia Zlotu. Tymczasem okazuje się, że do Olsztyna przyjechał mój kolega z pracy, który chętnie by się „przeleciał”. Dostaję znów do dyspozycji „Puchacza”. Atlas zeznaje, że zza windy ciężko będzie się strzelić, Jasiek to potwierdza dobitnie drugim czy nawet trzecim lądowaniem „Bocianem” – „Podrzuca, ale nie do wycentrowania”. Skoro nawet instruktorzy mają z tym problem, nie będę ryzykował – hol na 600 metrów – tam już można sobie pofolgować. Znów tradycji okazało się za dość. Warunki znacznie lepsze niż 2-3 godziny wcześniej. Kominy rozległe, spokojne, 2,5 – 3 metry. Mała sesyjka, tym razem fotografuję Igora w boruhowym sprzęcie, zwiedzamy Olsztyn z lotu ptaka i mamy problem z wylądowaniem! Nawet rozpędzenie „Puchacza” do 140km/h słabo pomaga – na wariometrze zero! W końcu delikatną spiralą jedziemy do dołu i „Puchacz na ziemi”. Cezar już się sporo naczekał na szybowiec, żeby dokończyć KTP. Czynności lotnicze kończe w ściągarce, czyli VW Golfie, ściągając ostatnich harpaganów, którzy czym prędzej lądują gdy Szef ogłasza koniec działalności „Olsztyn Radio”. Przestraszyli się chyba, że nie starczy dla nich dzisiejszych grilowanych rarytasów!

Tak jak poprzedniego wieczoru ukoronowaniem dnia była strawa dla ducha, tak w sobotę strawa cielesna: główne punkty to gulaszowa, której sława sięga najdalszych i najciemniejszych zakamarków staruchowych hangarów oraz bigos. Dla nienażartych – kiełbaski z grilla w ramach deseru. Bigos znika w lotniczych żołądkach w ekspresowym tempie a gulaszowa jeszcze szybciej. Ewelajnie ledwie udaje się uratować ostatnią miseczkę, nie dla hrabiego Barrego Kenta, a dla Cezara, który już z Atlasem omawia różne „staruchowe” idee i planują następny Zlot, choć ten się jeszcze nie skończył. Ja nie za bardzo mam czas zastanowić się nad posiłkiem, bo Jagoda pała coraz większą chęcią odbycia przejażdzki na motolotni. Jarek, który zahangarował już wyciągarkę, w zamian wyciągnął swoje „letadło”. Zaczynam ulegać – skoro poetka Anna Magdalena wróciła na ziemię cała i zdrowa, jej mąż też wrócił uradowany, to własnej Siostrze będę odmawiał? „Tylko jedno kółeczko nad lotniskiem” zarzeka się Jagoda, zakłada kurtkę, wsiada na motolotnie i… i zaczynam się denerwować. Chyba specjalnie, żeby podnieść mi ciśnienie, najpierw Jarek „przekasza” całe lotnisko na wysokości metra, by po zamianie prędkości na wysokość zniknąć mi z oczu. „Jedno kółeczko nad lotniskiem” ma chyba średnicę całego województwa, a Warmińsko-Mazurskie małe nie jest. Przez ponad pół godziny odchodziłem od zmysłów, gdzie się podziało moje całe rodzeństwo. Potem się dowiedziałem, że była to wycieczka krajoznawczo-turystyczna z elementami edukacyjnymi, bo jako geograf z wykształcenia Jagoda nie mogła sobie odmówić przypomnienia wiadomości ze studenckich praktyk. Tym razem z góry. Cezar wraz z żoną Iwoną pilnują, żebym nie denerwował się z pustym żołądkiem a Atlas wymienia wszystkie znane mu w okolicy miejsca, gdzie można motolotnią wylądować. W końcu wracają. Na szczęście w warkocie silnika nie słychać huku spadającego z mojego serca kamienia. Jagoda zsiada z motolotni uśmiechnięta od ucha do ucha – gdyby nie te uszy, to na pewno miałaby uśmiech dookoła głowy. Próbuje mnie przekonać, że to było fajne, suuuper, ekstra i w ogóle, ale nie daje się namówić na „małe kółeczko”. Jarek też wygląda na zadowolonego. „’Przelecieć’ Pannę Młodą trzy tygodnie przed ślubem – bezcenne” – kwituje z zawadiackim uśmiechem i odprowadza motolotnie do hangaru. Wracamy więc do stołu, a właściwie w okolice grilla, gdzie w mniejszych lub większych podgrupach trwają ożywione rozmowy. Igor trafnie spostrzega, że od razu można poznać, kto dziś się nalatał – mimo wolnych miejsc siedzących wiele osób po prostu stoi. Nasiedzieli się w szybowcach. Towarzystwo nalatane, rozgadane, brzuchy już napełnione, ugasić pragnienie też było czym… Czego jeszcze więcej można chcieć?

Dzień ostatni. Niestety.

Niedziela jest ostatnim dniem Zlotu. Niektórzy uczestnicy powoli się pakują, inni zamierzają wykorzystać dzień lotny do końca. Organizacja taka sama jak w sobotę, z tym, że było za mało chętnych na wyciągarkę, więc dziś tylko za samolotem. Ja mam w planach tylko dwa loty z pasażerkami, ale wszystkich motywuje Boruh, który planuje powrót do Inowrocławia „powietrzem”. Warunki niestety nie są najlepsze – wieje dość mocno z południa, czyli akurat do Ina będzie pod wiatr, a na domiar złego górą podchodzi jakiś syf. „Cirrus na niebie – pogoda się…”. Nikt jednak nie odpuszcza i rozkładamy start. Znów odprawa, znów jak mantra „Nie widzę przeszkód” z ust Szefa. Ja czekam na zapowiedzianych gości. Boruh nie zwleka ze startem ziemnym – w końcu po około godzinie odbijania się od parteru odmeldowywuje się i pocina pod wiatr na południe. Jak się dowiem później, niestety daleko nie zaleciał, ale sprawna ekipa naziemna, czyli Emila, Ania i Igor, żwawo Boruha z pola zebrali i jednak po ziemi, ale bezpiecznie dotarli do domu.

Tymczasem docierają moi umówieni goście. Niby nic prostszego, niż pokazać komuś szybowiec. Tu się siada, tym się rusza do przodu, do tyłu i na boki, tu są skrzydła, tam ogon, to się wychyla, tamto się rusza… Prawda, że proste? A jak pokażecie „patyka” osobie niewidomej? Niewidomej, bo Aśka „widzi” zupełnie inaczej niż my wszyscy. Obchodzimy więc „Pirata” – ręce Asi zastępją jej oczy, więc trochę się gimnastykuję przy prezentacji – próbuję postawić się w sytuacji, gdyby ktoś mi tak pokazywał jakąś nową rzecz w zupełnych ciemnościach, tylko za pomocą dotyku. Gdy już jesteśmy przy ogonie, Aśka przyznaje, że w sumie to już nie pamięta co tam było przy skrzydle. Nam wystarczy „rzut okiem” – ona takich długich rąk nie nie ma, żeby objąć cały szybowiec.Cały szybowiec może nie, ale przecież są modelarze! Zostawiamy więc „Pirata” i pokazuję model „Muchy”. Jak wspomniałem, modele na zlocie zaskakiwały wiernością odwzorowania, więc nie mam problemów z objaśnieniem działania sterów czy hamulców aerodynamicznych. Drodzy Modelarze – czy przyszło Wam kiedyś do głowy takie wykorzystanie Waszych cudeniek? Mi nigdy, ale obiecuję, że już nie będę się pukał w głowę słysząc, ile Was taki model kosztował pracy i waluty.

Po godzince czy dwóch, gdy warunki się nieco poprawiły, znów dostaję we władanie „Puchacza” i przygotowujemy się do lotu. Dla Asi pierwszego na szybowcu, dla mnie - specjalnego. Podkołowywuje holówka i pytania od Pasażerki przypominają mi, że powinienem zachowywać się trochę kulturalniej – w końcu dla Niej są to nowe dźwięki. Startujemy i, na szczęście, warunki nie są jakieś bardzo wymagające skupienia na pilotażu, więc mam czas „pokazywać” słowami co się dzieje dookoła. Wyczepienie, podkręcamy się nieco „w meterku” i pytam o wrażenia. Asia ma problemy z określeniem kierunku zakrętu – chyba jednak nie tak najgorzej „trzymam kulkę w środku”. Trochę próbuję lekkich wyślizgów i ześlizgów, żeby mogła „zobaczyć” różnicę. Proszę, aby chwyciła drążek i położyła nogi na pedałach – teraz ma lepsze wyobrażenie sytuacji. Szybko mija pół godziny zaplanowane na pierwszy lot – nie ma co przesadzać z nadmiarem wrażeń od pierwszego razu. Oczywiście na kręgu nosi – wcześniej ciężko było coś znaleźć. Lądowanie i Asia idzie chłonąć lotniskowe wrażenia na kwadracie – przyznała potem, że najbardziej ją zaskoczyło, że nikt nie zapytał, po co to robi, skoro i tak nic nie widziała, tylko od razu „no i jak było?”. Bo czy aby widzieć, trzeba naprawdę widzieć? Ja tymczasem szykuję do lotu koleżankę Asi – Alę. Dla niej z kolei to pierwszy lot czymkolwiek, pierwszy raz uniesie się nad ziemię. Jestem mniej zdenerwowany – Ala będzie wszystko widziała na własne oczy, więc nie mam takiej tremy jak wcześniej. Lot w zasadzie standardowy, niestety nieco krótkawy, bo ciężko było jakieś sensowne noszenie znaleźć – nawet na kręgu. Jak wspomniałem, dla mojej Pasażerki było to pierwsze spojrzenie na ziemię z lotu ptaka, ale najbardziej ucieszyły mnie jej pierwsze słowa w powietrzu – „patrz, jakie to wszystko malutkie!”. „Wniebowziętych” nie oglądała, nie miała więc szansy wiedzieć, że to dosłowny cytat z tego kanonicznego dzieła filmografii polskiej. Udanym lądowaniem „w punkt” kończę moje zlotowe loty. Dziewczyny udają się jeszcze z Jarkiem do hangaru obejrzeć jego motolotnię, a ja tymczasem zbieram bambetle z budy startowej, płaczę i płacę księgowej-chronometrażystce Justynie, żegnam się ze wszystkimi dziękując za wspaniałe cztery dni.
I po Zlocie

Wszystko co dobre, niestety kiedyś się kończy. Zazwyczaj szybciej niż później. Przed aeroklubowym budynkiem jeszcze uścisk dłoni Atlasa i jego klubowych kolegów i tradycyjne „Do miłego!”. Bo choć byłem na Zlocie pierwszy raz to spotkałem tam mnóstwo wspaniałych osób, dzięki którym było po prostu świetnie. Z pewnością pojawię się w Olsztynie za rok, na V Olsztyńskim Zlocie „Staruchów” im. Piotra „PePe” Puchalskiego. Tuszę, że tym razem nie będę sam bronił honoru Naszego Klubu.



I ja tam byłem – latałem i piwo piłem*

Dino
*) oczywiście nie jednocześnie

Zlot „Kormorany 2010” – podsumowanie.

09.06.2010, 19:20
Mija parę dni od czasu naszego pożegnania „po Zlocie”. Pora więc na próbę posumowania tego co było, oraz tego jak było. Oczywiście zastrzegam, że moja „ocena” może być ( i zapewne będzie ) nie do końca obiektywną, gdyż byłem jednym z Organizatorów naszego Spotkania. No, ale cóż. Podsumowanie zrobić trzeba w związku z powyższym spróbuję takowe „popełnić”.
W mojej ocenie Zlot można z całą pewnością zaliczyć do udanych. Przede wszystkim dopisali sami Uczestnicy, pogoda, warunki termiczne oraz to co na takich spotkaniach jest najważniejsze – dobra organizacja dni lotnych zapewniona nam przez Janusza Bogdanowicza oraz innych etatowych i nieetatowych „funkcyjnych” Aeroklubu Warmińsko – Mazurskiego ( wszystkim dziękowałem już wcześniej, ale czynię to ponownie). Myślę także, że nie możemy narzekać na warunki socjalno – bytowe które zapewnił nam Klub. Pewnie, wiem, brakowało prysznica, no, ale nie można mieć wszystkiego. Nie brakowało także, wspólnie tworzonej wspaniałej zlotowej atmosfery. Instruktorów mieliśmy także pod dostatkiem i wspaniale wykonali Oni swoją często niewdzięczną pracę. Należy Im się za to wielkie ukłon i szacunek. Teraz, pozwólcie, że powiem czego nam zabrakło (w mojej ocenie).
Po pierwsze – SZYBOWCÓW które wcześniej zostały zgłoszone do udziału. Nie czynię z tego „wyrzutu” bo zdaję sobie sprawę z faktu powodzi w Polsce oraz innych, bardzo często niezależnych od naszych chęci warunków. Często te właśnie warunki, w ostatniej chwili determinują nasze działanie. Fajnie było by jednak by na naszych Zlotach oprócz wspaniałych Uczestników zaczęły pojawiać się przecież coraz rzadsze stare drewniane szybowce. Bardzo źle nie było, mieliśmy SF-a, Piraty, Boćki, Fokę. Mieliśmy Komara i Muchę własnoręcznie wykonane przez modelarzy. Tu nasuwa mi się jeden wniosek. Powinniśmy, każdy na swój możliwy i dostępny sposób rozpropagowywać ideę naszego corocznego spotkania we wszystkich kręgach szybowników i miłośników szybownictwa. Trzeba to robić stosunkowo wcześnie, by każdy ewentualnie zainteresowany mógł zaplanować swój udział. Ważnym w tym temacie jest także to, iż Właściciele starych szybowców planują ich uruchomienie, ubezpieczenie i latanie w nieco dłuższej perspektywie czasowej. Ich możliwości organizacyjne, finansowe i czasowe są zdecydowanie mniejsze niż Klubów. Poza tym warto przemyśleć i podjąć działania mające na celu zaktywizowanie samych Klubów. Przecież Bociek czy Pirat stanowią już „latające zabytki” z jednej strony, a z drugiej w dalszym ciągu dominują w Klubach. Zamość ma na przykład Lisa który raz był już na Zlocie, ale w tym roku nie pokazał się i jak sądzę nie „wyjdzie z hangaru”.
Po drugie – KONKURENCJI.
Zlot bez niej jest ciut…chmmmm….nieatrakcyjny. Owszem latamy, laszujemy szybowce…..ale brak „sportowego współzawodnictwa” jest odczuwalny. Za rok postaramy się wypełnić tą lukę organizując zawody. Jakie? Na razie nie wiem, może na celność lądowania? Może jak sugeruje Boruh – „Gdy nie ma co to trójkąt 100”. Ale jedno wiem – konkurencja ubarwi i uatrakcyjni Zlot.
Po trzecie – IMPREZ TOWARZYSZĄCYCH.
W tym roku mieliśmy okazję przekonać się, że wieczór poetycki Ani M. Mróz ożywił nasz Zlot. Powinniśmy wspólnie pomyśleć co jeszcze możemy zrobić. Dla przykładu. Być może należało by zaprosić Zarząd AP na wyjazdowe posiedzenie poświęcone szybowcom drewnianym (ale nie tylko). Kiedyś w czasie kampanii wyborczej do Władz AP obecny Prezes naszego Stowarzyszenia obiecywał, że jeśli zostanie wybrany takie właśnie wyjazdowe posiedzenia będzie organizował. Mamy przecież wiele spraw którymi chcielibyśmy Zarząd AP zainteresować. Może właśnie to jest sposób na takie zainteresowanie?
No cóż. Na zakończenie prośba. Przemyślcie proszę to co napisałem. Jak mawia stare polskie porzekadło – co wiele głów to nie jedna. Zatem zapraszam do dyskusji na naszym forum. Każdy pomysł przedyskutujemy, podejmiemy decyzje. Bo przecież - jak sądzę – wszystkim nam zależy by Zlot im. „PePe” Puchalskiego stał się atrakcyjnym nie tylko dla „starej wypróbowanej” grupy zlotowiczów, ale też skupił wokół idei „Staruchów” wielu innych na chwilę obecną nie zainteresowanych tą ideą ludzi.

Pozdrawiam.atlas

50 - tka Pani Foki "Y"

09.06.2010, 13:39













GEJSZA PRZESTRZENI

Pani Foce ‘Yankee’ – Najpiękniejszej z pięknych…
– z okazji urodzin –

Zawsze piękna i smukła…
Powietrzem niesiona –
Tańczy gejsza przestrzeni –
Leciutko… bez słowa…

Zawsze szlakiem obłoków…
Płynnym ruchem tańca –
Krąży gejsza przestrzeni –
Marzenie… i gracja…


Anna Magdalena Mróz
19 maj 2010 rok

atlas

6 czerwca czyli "i tak nastał koniec na samym początku"

06.06.2010, 21:23
Moi Drodzy Przyjaciele.
Jak mawiał Pawlak - tak nastał koniec na samym początku. Jeszcze niedawno zmawialiśmy się, umawialiśmy się, zgadywaliśmy........, a dziś......"po Zlocie".
Przyjdzie czas na ocenę, przyjdzie zapewne czas i na krytykę, bo przecież nie wszystko było idealne. Ale tak "na gorąco" pozwólcie, że podziękuję Tym bez których nasz Zlot nie był by tym czy był dla Nas wszystkich.
Dziękuję i chylę czoła przed:
Januszem Bogdanowiczem - za KTP, LS, KL-owanie i cierpliwość dla Nas;
Konradowi - za hole i Jaka "jak ta lala";
Jarkowi - za wyciągarkę, ciągi i "straconą" szybowcową pogodę w sobotę;
Ani Magdalenie Mróz - za piękny, czuły i bardzo osobisty, trafiający do nas wszystkich Wieczór Poezji. Ja osobiście dziękuję Ci Aniu za "intymne rozmowy" podczas naszego wspólnego latania.
Pawłowi - za cierpliwość dla Żony (co normalne) i dla mnie.
Dino i Jagodzie - za "tworzenie atmosfery".
Justynie - już Ona wie za co.
Cezarowi i Iwonce - za to, że dzięki Nim jeszcze nie straciłem wiary w Ludzi i za to, że po prostu "byli".
Jaśkowi i Romkowi - za "tyranie" przez trzy dni, a Romkowi za "pewne plany" i "Wielką przygodę".
I Tej wspaniałej Dziewczynie (Kobiecie) której imienia nie znam, a która swoimi doznaniami i ich opisem "już na ziemi" sprawiła, że zrozumiałem "że by widzieć wcale nie trzeba "widzieć".
Wszystkim Wam dziękuję za to, że po prostu "byliście"
Mam nadzieję ze Boruh powie nam czy "doleciał" i, że wszyscy wróciliście do domu szczęśliwie.
Pozdrawiam i dziękuję.

atlas

Drugi dzień, czyli pogoda i latanie

05.06.2010, 22:21
Moi Drodzy.
Dzis można powiedzieć, że zarówno pogoda jak i My stanęliśmy na wysokości zadania. Od samego rana widać było, że pogoda będzie dopisywać. Z hangaru szybowce "wyszły" bardzo szybko, start został wyłożony i w zasadzie w granicy godziny 10.30 można było zaczynać latanie. Rozpoczęliśmy KTP-ami, LS-mi i lotami sprawdzającymi. A później zaczęło się szybowcowo - zlotowe eldorado. Kto miał chęć, kto chciał latał do woli. Wyciągarka i holówka pracowały na całego. Wprawdzie holówkę dzieliliśmy ze skoczkami spadochronowymi, ale sądzę, że nie narzekali na ten fakt ani Oni ani My. W tym miejscu chciałbym bardzo serdecznie i gorąco podziękować Konradowi za hole samolotowe i Jarkowi za ciągi wyciągarkowe. Naprawdę ta dwójka napracowała się dziś sporo.
Latali wszyscy. Janusz Bogdanowicz starał się (z sukcesem) zaspokoić oczekiwania wszystkich obecnych. Dziękujemy Ci bardzo.
Reasumując - fantastyczny zlotowy dzień.
Oby jutrzejszy był przynajmniej tak samo udany.
Pozdrawiam wszystkich.
atlas


<< 1 z 14 >>

Kontakt:
Jacek Stawowczyk
jstawowczyk@wp.pl
tel. 602 114 655

Aeroklub Warmińsko Mazurski
ul. Sielska 34
10-802 OLSZTYN
tel/fax. (089)527 52 40
email: aeroklub@aeroklub.olsztyn.pl






Wykonał: Mariusz Kwiatkowski